ATEST Ochrona Pracy

23 marca 2019 r.

[Najnowszy numer] [Prenumerata] [Spis treści]     

 

ATEST 2/2014

Kocham życie i to jest moja siła. Z Anną Dymną rozmawia Zofia Lejko.
fot. Fundacja "Mimo Wszystko

 

Zofia Lejko: Obecnie, kiedy mówimy o Annie Dymnej - wielkiej polskiej aktorce, widzimy też osobę, która wkroczyła w świat ludzi, do którego większość z nas, z różnych zresztą powodów, nie ma dostępu. W rozmowie chciałabym jednak przybliżyć zawód aktorki, chociaż wiem, że tematu fundacji "Mimo wszystko" nie da się uniknąć.

Anna Dymna: Zawód aktora jest fascynujący, ale też bardzo niebezpieczny, często karkołomny, trudny i psychicznie, i fizycznie. Jest niezwykle kontuzjogenny, wymaga niesamowitej sprawności fizycznej przez całe życie. Na scenie gramy w ogromnym napięciu. Często nawet nie czujemy wielu urazów. Grałam ze złamanym palcem u nogi, z naderwanym ścięgnem i tego nie czułam. Niestety, płaci się za to wszystko po zejściu ze sceny. Mam 62 lata, a czasami muszę grać sceny, które momentami przekraczają już moje możliwości fizyczne. No ale na scenie działa adrenalina i aktorzy robią rzeczy niemożliwe. Z wiekiem coraz boleśniej płaci się za to "podskakiwanie". Zwapnione kolana na skutek wielokrotnych upadków na nie, skręcenia nóg, złamania, zwichnięcia stawów, uszkodzenia kręgosłupów. Wie pani, ile razy grałam z temperaturą 39 stopni? Jeżeli dostanę gorączkę koło godziny szesnastej, to już nikogo nie zawiadomię, nie odwołam spektaklu - to jest przecież praca zbiorowa. Kiedy nie przyjdę na spektakl, to się po prostu nie odbędzie, koledzy nie dostaną norm, widzowie odejdą z kwitkiem. To nie może się zdarzyć. Dlatego często się nie przyznajemy do choroby i gramy. Torturujemy nasze serca i organizmy. Oglądałam film, w którym pokazano, co się dzieje z sercem aktora, który wychodzi na scenę. Zachowuje się ono jak serce sprintera na starcie.

A film? Przemierzałam tysiące kilometrów na setki filmowych planów. W drodze miałam kilka wypadków samochodowych. No bo musi się zdążyć, czekają przecież dziesiątki ludzi, a to kosztuje. Podczas zdjęć też zdarzają się różne trudne sytuacje. Na przykład kąpałam się w rzece pod koniec listopada, w "Barbarze Radziwiłłównej" poniosły konie itp. Wiele razy odnosiłam większe i mniejsze kontuzje. Miałam wstrząśnienia mózgu, połamaną miednicę, uszkodzony kręgosłup i... nie ma sensu wyliczać, bo przecież żyję i nadal "podskakuję". Często musimy godzinami stać, wykonywać różne dziwne ruchy, co wymaga naprawdę dużej wytrzymałości. Czasem pracujemy bez przerwy kilkadziesiąt godzin w ogromnym napięciu, ale... my to uwielbiamy, więc nasz organizm jakoś wytrzymuje, bo nie ma wyjścia. No i jest jeszcze cała strefa psychiczna, trema, nerwy, lęk.

Anna Dymna

Anna Dymna
fot. Ryszard Kornecki

Życie zawodowe Anny Dymnej nieprzerwanie związane jest z Narodowym Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej. Zadebiutowała jeszcze jako studentka na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w rolach Isi i Chochoła w "Weselu" (1969), reżyserowanym przez Lidię Zamkow. Obecnie ma w dorobku ponad dwieście pięćdziesiąt ról teatralnych i filmowych. Pracowała z najwybitniejszymi polskimi reżyserami, m.in.: A. Wajdą, K. Swinarskim, J. Jarockim, J. Grzegorzewskim, J. Hoffmanem, K. Kutzem, T. Kotlarczyk, B. Sass i J. Klatą. Jest pedagogiem w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie, a także inicjatorką i gospodynią Krakowskiego Salonu Poezji - coniedzielnych spotkań w foyer Teatru Słowackiego, gdzie, dzięki wybitnym twórcom oraz aktorom, kultywuje się wartość i piękno żywego słowa. Pracę artystyczną A. Dymnej trzykrotnie nagradzano Złotą Maską (1996, 1999, 2000 - wyróżnienie w plebiscycie na najpopularniejszego i najbardziej lubianego aktora w Krakowie); jest też laureatką Złotego Ekranu (1984 - za rolę Marii Kazimiery w filmie "Na odsiecz Wiedniowi" i spektakl TVP "Polski Listopad"), Złotej Kaczki (1993 - dla najlepszej polskiej aktorki), Złotych Lwów (1994 - za pierwszoplanową rolę kobiecą w filmie "Tylko strach" w reż. B. Sass), Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza (1994 - za najlepsze kobiece role sezonu: Podstoliny w spektaklu telewizyjnym "Zemsta" A. Fredry w reż. O. Lipińskiej i Molly Bowser z "Palca Bożego" w reż. T. Kotlarczyk) oraz Superwiktora (2004) za całokształt dokonań artystycznych. Aktorkę odznaczono także Srebrnym Krzyżem Zasługi (1989). W roku 2004 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej przyznał jej Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne osiągnięcia w pracy artystycznej i dydaktycznej oraz za działalność na rzecz potrzebujących pomocy.

Ale czy aktor z wieloletnim stażem, który niejednego doświadczył na scenie, nie nabywa umiejętności radzenia sobie z tremą?

Ludziom wydaje się, że trema mija z czasem. U mnie z wiekiem jest coraz większa. Pamiętam, kiedy byłam początkującą aktorką, grałam u boku wielkiej Zofii Jaroszewskiej. Ona grała Demeter, ja - Korę u Wajdy w "Nocy listopadowej". Oczywiście byłam bardzo podniecona na premierze, miałam tremę, ale przede wszystkim czułam radość, że gram w takim pięknym przedstawieniu. Nawet gdybym się pomyliła czy potknęła, to co? Takie coś młode, piękne się przewróciło. Obok stała Zofia Jaroszewska i widzę, że ona się cała trzęsie. Zdumiona pytam: jak to, pani ma tremę?! A ona mi powiedziała: dziecko kochane, jak uda ci się być dobrą aktorką i trochę popracujesz, to wtedy dopiero poczujesz, jaka odpowiedzialność ciąży na tobie. Oczywiście z czasem ma się pewną technikę, warsztat, który pomaga, ale to, co ja przeżywam teraz! Kiedy była premiera "Iluzji" - w spektaklu tym mówimy do mikrofonu potężne monologi i nie ma zlituj się, nie masz partnera - myślałam, że zwariuję z nerwów. Nie jadłam, nie spałam, głupoty robiłam; mój syn, jak był młodszy, mówił: kiedy matka mięso do pralki wkłada, znaczy premiera się zbliża.

Wspomniała pani o monologach, czy nauczenie się tekstu obecnie wymaga większego wysiłku?

Zawsze miałam świetną pamięć. Ale z wiekiem przychodzi lęk przed zapomnieniem tekstu. Mnie to na szczęście jeszcze nie dopadło, ale zdarza się, że aktor z tego powodu rezygnuje z pracy. Niby cały czas ćwiczymy nasz mózg, a jednak wiek robi swoje. Zawód ten jest szalenie wymagający, wykonywanie go uzależnione jest zarówno od kondycji fizycznej, jak i intelektualnej. Jeżeli któraś z nich szwankuje, jesteś na przegranej. Mam nerwicę układu wegetatywnego i z nerwów się czasem duszę, więc np. za kulisami ziewam, mam alergię na wszelką chemię - farby, lakiery. Ale scena to miejsce wyjątkowe. Kiedy na nią wejdziesz, wszystko przechodzi, nic poza nią się nie liczy. Następuje pełna mobilizacja, koncentracja - uczę tego moich studentów. Dla mnie ogromnym wsparciem na scenie są partnerzy. Dzięki nim najlepiej się mobilizuję.

Czy pani w jakiś szczególny sposób dba o siebie?

Tak, kocham życie, inaczej nie dałabym rady. Nie mam czasu na dbanie o siebie. Budzę się o szóstej i jak nie muszę gdzieś jechać, to rozkładam kocyk i ćwiczę. Niestety, mam uszkodzony kręgosłup i bez gimnastyki byłoby kiepsko, więc o to dbam. Nauczyłam się odpoczywać, przechodząc z jednej przestrzeni do drugiej: po próbie jadę np. do fundacji i już odpoczywam od pierwszej czynności, później spektakl w teatrze albo siedzę przed komputerem i coś piszę. Po prostu odpoczywam pracując. W niedzielę nie jadę na wycieczkę, lecz udaję się do Salonu Poezji. Niby noce są moje... Czytam, robię scenariusze. Mam czas, bo cierpię na bezsenność. Z tym mam problem, ale jakoś daję radę.

Jak?

Bywa ciężko. Gdy gaszę światło i usiłuję zasnąć, kłębią się w moim mózgu ważne myśli, problemy. Mam na szczęście czarnego mruczącego terapeutę, który usypia mnie mruczeniem. Budzę się rano i wszystko wydaje mi się do rozwiązania. Radzę sobie, bo kocham to, co robię.

Teatr pani kocha, jest pani profesorem w szkole teatralnej...

Kontakt z młodymi ludźmi jest dla mnie bardzo ważny. Dzięki nim wciąż jeszcze rozumiem świat. Zaraz zresztą idę na zajęcia.

Salon Poezji...

Już 12 lat uciekam do tego Salonu od rzeczywistości. Iluż wspaniałych aktorów czytało tutaj wiersze. To takie moje podróże na niezwykłe planety wrażliwości ludzkiej, po najpiękniejszych zakątkach uczuć i myśli człowieka. Poezja oswaja i pomaga zrozumieć świat.

Pisze pani też scenariusze, reżyseruje.

Nie piszę, układam je czasem do Salonu, a piszę dla moich podopiecznych niepełnosprawnych intelektualnie. Potem jadę do Radwanowic, do "Doliny Słońca" i tam, razem z moimi aktorami robimy przedstawienia. Lubimy to. Dla nich to wspaniałe lekarstwo. Kontakt z nimi mnie uczłowiecza, stawia do pionu, uświadamia, co dla człowieka jest najważniejsze. Daje mi radość i siłę. Dzięki nim wiem już, jak szczęśliwym człowiekiem jestem. Nabieram dystansu do wielu rzeczy.

Anna Dymna z podopiecznymi Fundacji
fot. Fundacja "Mimo Wszystko

Od 10 lat przygotowuje pani i prowadzi programy "Spotkajmy się". Oglądanie ich to za każdym razem duże przeżycie dla odbiorcy.

Moimi rozmówcami są ludzie niepełnosprawni, chorzy, walczący z różnymi chorobami, czasem umierający. Sama szukam rozmówców. Pomagają mi lekarze, przyjaciele. Wchodzę niejednokrotnie w takie piekło cierpienia, że trudno uwierzyć, zrozumieć, pogodzić się, że jest ono udziałem człowieka. Oni chcą rozmawiać o najtrudniejszych sprawach, by je oswoić, nazwać, wyrzucić z siebie. Bywa, że nie mają komu tego powiedzieć. Lekarze nie mają czasu na wysłuchiwanie ich rozterek, bliscy się boją. Ja się z nimi zaprzyjaźniam i często się przede mną otwierają.

A nie wydaje się pani, że czasami to otwieranie jest zbyt głębokie - oni płaczą. Czy ma pani takie prawo?

Mam takie prawo, bo oni mi je dają. Do rozmowy przygotowujemy się wspólnie. Poznaję ich losy, tajemnice, problemy. Umawiamy się, o czym będziemy mówili, jakich tematów nie chcą poruszać. Czasem sama nie wytrzymuję tego, co oni mówią, bo mnie to po prostu przerasta. Bywa, że płaczemy razem. Jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi. Poza tym program nie idzie na żywo i oni wiedzą, że jeżeli coś im się powiedziało nie tak, zawsze możemy to usunąć. Są bezpieczni. Ten program to najtrudniejsza rzecz, jaką robiłam w życiu. Nie jest przecież łatwo rozmawiać o cierpieniu, o śmierci. Każdy się tego boi. A człowiek właśnie potrzebuje takich otwartych rozmów.

Odbierają panią jako bliskiego człowieka.

Niektórzy tak. Zdobywam ich zaufanie, przyjaźnię się przez lata, wielu pomagam przez fundację. Przecież znam ich potrzeby i tragedie. Poza tym nie robię tych programów opierając się wyłącznie na swojej intuicji. Rozmawiam z lekarzami, pytam, korzystam z ich doświadczeń. Profesor Andrzej Szczeklik bardzo cenił mój program, twierdził, że wypełnia pewną lukę. Lekarze nie mają zwykle czasu na rozmowy z pacjentem. Mówił mi: ja może wiem, skąd się choroba bierze, jak ją leczyć, jakie są rokowania, ale ty wiesz lepiej ode mnie, jak ona boli. Zaraz po nagraniach jestem nieprzytomna, obolała, jakbym wzięła w siebie wszystkie choroby moich rozmówców. Ale tak naprawdę oni mi dają jakiś magiczny zastrzyk radości życia. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale to prawda. Czy może być inaczej, skoro człowiek całkowicie sparaliżowany, cierpiący na SLA (stwardnienie zanikowe boczne), który rusza tylko oczami, twierdzi, że jest szczęśliwy, a życie piękne. Dzięki tym ludziom zaczynam dostrzegać, że wszystko ma jakiś sens. Moi rozmówcy potrafią go odnajdywać nawet w cierpieniu, w kalectwie.

Często styka się pani ze śmiercią...

Śmierć jest częścią życia. Widziałam śmierć, mękę wielu ludzi i za każdym razem to są inne uczucia. Śmierć to tajemnica, przeraża nas. Szczególnie śmierć bliskich osób. Mój mąż zmarł, kiedy miałam 27 lat i co mogłam zrobić? Popełnić samobójstwo? Myślałam o tym, ale wiedziałam, że nie byłby ze mnie zadowolony. Życie jest szansą, obowiązkiem i największym skarbem. Teraz to już dobrze wiem. Wtedy, na szczęście, miałam obok siebie wspaniałych ludzi, przede wszystkich moich kolegów z teatru. Dzięki nim jakoś sobie poradziłam.

Zawód aktora wymaga ogromnej empatii, umiejętności wczuwania się chociażby w postać, którą się kreuje. Może z tego wynika to, że mocniej czujecie życie?

Myśli pani, że ja bym potrafiła zbliżyć się do tych trudnych tematów osób chorych i niepełnosprawnych, gdybym nie była aktorką. Nie odważyłabym się tego robić. Ten zawód uczy przekazywać myśli, wczuwać się w czyjąś sytuację, a przede wszystkim słuchać drugiego człowieka. Miałam szczęście pracować z wybitnymi reżyserami, którzy mnie tego uczyli.

Anna Dymna z podopiecznymi Fundacji
fot. Fundacja "Mimo Wszystko

Można się tego nauczyć? To chyba trzeba mieć w sobie.

To można rozwijać. Myślę, że wiele przekazała mi mama, dzięki niej kocham ludzi, zwierzęta, kocham życie. Pewnego dnia stanęłam naprzeciw osoby, która nawet nie mówiła i zorientowałam się, że porozumiewam się z nią bez słów, wiem, czego potrzebuje. Tylko dzięki mojemu zawodowi miałam odwagę wkroczyć w ten świat. Myślałam co prawda kiedyś o psychologii, złożyłam nawet papiery na UJ, ale wcześniej były egzaminy w szkole teatralnej i dostałam się. A potem moje życie zatoczyło wielkie koło i, nie kończąc psychologii, pracuję z ludźmi, z którymi chciałam pracować. Teraz, gdy mam codzienny kontakt z ludzkimi tragediami, doceniłam i zrozumiałam, jak piękny uprawiam zawód. Chyba nie poradziłabym sobie w życiu, gdyby nie teatr. Wchodzę na scenę i zapominam o wszystkim, bo muszę. Czasem jest to bardzo trudne i wydaje się wręcz nieludzkie. Niedawno, po pogrzebie mojego brata wieczorem grałam. Było trudno, ale musiałam... i zagrałam. Scena to dla mnie również rodzaj gabinetu psychologicznego. Wchodzi się w inną skórę, w inny świat, myśli zupełnie o czym innym i na czym innym koncentruje, a serce odpoczywa.

By postać była autentyczna, wchodzi się w nią głęboko, w określonej sytuacji to bywa zbawienne, jest terapią, a jak wychodzi się z roli?

Nie mam z tym problemów. Oczywiście jest niebezpieczeństwo, że tak intensywna praca w tak ogromnym napięciu może z ciebie wyssać wszystko. Musi się mieć do niej jednak dystans. Aktorstwo to przecież świadoma kreacja. Szukając materiałów do postaci, dotykam siebie, swoich uczuć, swoich emocji, ale one nie mogą mną zawładnąć, to ja muszę nimi sterować, ja muszę je dawkować, układać, by stworzyć rolę. Gdy wychodzę z teatru, czuję zmęczenie, ulgę, radość, że jeszcze raz się udało, że byli ludzie i brawa... Najbardziej kocham powroty do domu. Jestem łagodna, spokojna... Po zabiciu męża i kochanka w "Orestei", po czterogodzinnych galopadach w "Trylogii", po nerwach w "Iluzjach" na żadne napięcia nie mam siły.

Myślałam kiedyś, że na starość będę na scenie z filiżanką herbaty mówiła spokojne monologi, ale gdzie tam! Dalej zasuwam, skaczę, krzyczę. Taki jest nowoczesny teatr i trzeba w pewnym wieku albo po prostu odejść albo zmierzyć się z tym. Mnie on fascynuje.

Czy jest to pokonywanie siebie?

Tak, jak całe życie zresztą. To są wyzwania i zwycięstwa, uwielbiam to. Człowiek nie powinien odpuszczać, składać broni i mówić, że nie ma siły, już mu się nie chce. Tego też uczą mnie moi podopieczni, szczególnie sportowcy. Grają w rugby, choć są paraplegikami i jeszcze niedawno leżeli sparaliżowani, a teraz grają na opancerzonych wózkach, uprawiają agresywny sport, to są supermani. Oni odbijają się od dna cierpienia i umieją wydobywać radość i siłę w sytuacji pozornie niemożliwej. Ale ważne, by obok ktoś był. Dlatego staram się być, by kogoś np. "kopnąć", bo czasem tak trzeba. Losu podobno nie da się oszukać, a oni go oszukują, śmierć też czasem wyśmiewają, do końca potrafią być uśmiechnięci. Nie wiem, jak to robią. Patrzę na to, zachwycam się i dlatego też nigdy nie daję za wygraną.

Skąd wziął się pomysł fundacji?

To nie był pomysł. Nie był to też przypadek, bo nie wierzę w przypadki. To na pewno dojrzewało we mnie całe życie. Moja droga, praca, wszystko mnie do tego przygotowywało. A potem, chyba był to 1999, a może 1998 rok, ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że jest taki ksiądz i że jest taki ośrodek w Radwanowicach prowadzony przez Fundację im. Brata Alberta i tam będzie przegląd twórczości teatralno-muzycznej osób niepełnosprawnych intelektualnie. I ten ksiądz, a był to ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, zaprasza mnie do jury. Nigdy nie miałam do czynienia z takimi ludźmi, bałam się, ale mnie to pociągało. Pojechałam. Przeżyłam autentyczny szok. To był dzień, który zaważył na moim życiu. Zaczęłam tam jeździć na spacery, na rowerze, do kapliczki na mszę i zaprzyjaźniłam się z podopiecznymi Fundacji Brata Alberta, pomagałam im, robiłam z nimi spektakle. Dostałam Medal Brata Alberta i tak poszło. Później zorganizowałam festiwal "Albertiana", w tym roku będzie już 14. edycja. A ksiądz Zaleski patrzył, jak "rybka dymna" bierze i wiedział chyba wcześniej ode mnie, że już zawsze będę przy tych ludziach. Kiedy zaczęła krzywda dziać się podopiecznym Fundacji Brata Alberta, bo stracili prawo do warsztatów terapeutycznych, to ja nie miałam wyjścia, założyłam fundację, żeby ich uratować od beznadziei. I udało się. We wrześniu 2003 r. zarejestrowałam fundację, w lutym następnego roku uruchomiliśmy warsztaty, a potem dostałam 1%, czyli pożytek publiczny i to zaczęło się lawinowo rozwijać.

A co to jest "Dolina Słońca"?

To moje spełnione marzenie. Na dziesięciolecie fundacji otworzyliśmy na terenie Radwanowic nowoczesny ośrodek terapeutyczno-rehabilitacyjny dla podopiecznych obu fundacji. Mamy tam nawet swój teatr. To nasze oczko w głowie. Marzę, by obok wybudować jeszcze dom stałego pobytu dla moich podopiecznych.

I wyruszyła pani nad morze?

Już ponad dziesięć lat pracuję nad projektem "Spotkajmy się". To miał być całoroczny ośrodek rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych z całej Polski. Zdobyłam piękny teren w środku lasu, kilkaset metrów od morza; dostałam go w użytkowanie od państwa na 30 lat. Po siedmiu latach procedur zaczęłam budować pierwszy budynek - warsztaty terapeutyczne. Niestety, pewnego dnia zostały wstrzymane wszelkie moje działania. Dowiedziałam się, że jest to jedna z dwóch lokalizacji budowy elektrowni atomowej i że bezpieczeństwo energetyczne kraju jest najważniejsze i już. Warsztaty dla osób niepełnosprawnych z gminy Choczewo i okolic kończę jednak budować, jesienią je otworzę. Zanim zapadnie decyzja o budowie elektrowni, warsztaty będą służyć ludziom. A jeżeli odblokują budowę, to, zgodnie z naszym planem, będziemy tam budować cały ośrodek, by załamani, niepełnosprawni ludzie mogli w otoczeniu niezwykłej przyrodą uczyć się na nowo radości życia. I zawsze wierzę, że wszystko się uda. Mam wspaniałych pracowników w fundacji, wielu Przyjaciół i dzięki ich zaufaniu, życzliwości i wsparciu udało się już tak wiele zrobić i wiem, że uda się jeszcze niejedno.Koniec

Fundacja "Mimo Wszystko"

Fundacja Anny Dymnej "Mimo Wszystko" pomaga dorosłym osobom z niepełnosprawnością intelektualną. Utrzymuje i prowadzi ośrodek terapeutyczno-rehabilitacyjny "Dolina Słońca" w Radwanowicach. Organizuje m.in. ogólnopolskie wydarzenia integracyjne: festiwale "Albertiana" i "Zaczarowanej Piosenki", Ogólnopolskie Dni Integracji "Zwyciężać Mimo Wszystko" i wyprawy "Małe Kilimandżaro". W ciągu 10 lat istnienia fundacja wsparła leczenie, rehabilitację i edukację blisko 20 tysięcy osób chorych i niepełnoprawnych w całej Polsce.


Fundacja Mimo Wszytsko

Dodaj swój komentarz


Henryk P.: Podziwiałem i podziwiam grę aktorską Pani Anny Dymnej. Jednak uważam, że szczególny szacunek należy się jej za to, co robi dla osób niepełnosprawnych. I to jeszcze tak naturalnie, bez wywyższania się. (2014-03-19)

ferdhy: 1 % dla Pani fundacji oczywiście. DZIĘKI :));)) (2014-03-20)


Dodaj swój komentarz  
 

©ATEST-Ochrona Pracy 2014

Liczba odwiedzin od 2000 r.: 32483771