ATEST Ochrona Pracy

21 marca 2019 r.

[Najnowszy numer] [Prenumerata] [Spis treści]     

 

Kto jest kim w ochronie pracy

ATEST Ochrona Pracy

Kto jest kim

02/2001 04/2001
       Lista nazwisk w bazie danych "Kto jest kim"

ATEST 03/2001

Marek Rapciak

Marek Rapciak
Marek Rapciak

Jestem przekonany, że dobra szkoła średnia jest ważniejsza niż nawet przyzwoita uczelnia. Szkoła wychowuje, ma wpływ na osobowość, stosunek do świata, przyzwyczaja do określonego sposobu nauki. Uczelnia tylko egzekwuje wiedzę, a osobowość młodego człowieka jest jej obojętna. Myślę o tym przy okazji ostatniego rankingu polskich liceów, w którym na pierwszym miejscu w kraju sklasyfikowano V Liceum im. Witkowskiego (zawsze w pierwszej dziesiątce są co najmniej trzy krakowskie licea). Absolwenci tego liceum to nieszablonowe osobowości - czy to prawda? Przebiegam myślą znajomych i... ależ tak, Marek Rapciak, z-ca Okręgowego Inspektora Pracy w Krakowie. Jest rzadko spotykanym przypadkiem inspektora - filozofa, ale i pragmatyka.

- To była szkoła - mówi Marek - w której po prostu nie wypadało się nie uczyć. Nie istniały w niej pruski dryl, dwóje stawiane bez opamiętania, strach wzbudzany przez pedagogów.

M. Rapciak chodził do klasy tzw. humanistycznej, która różniła się od innych tylko tym, że językiem obcym, obok rosyjskiego, była łacina. Mało praktyczne wyposażenie życiowe, jak na dzisiejsze czasy. Pani od tego przedmiotu nie miała złudzeń, że nauczy ich dobrze tego martwego przecież języka, ale chciała chociaż zaszczepić uczniom odpowiedni stosunek do kultury rzymskiej, pośrednio także do świata. I udało się to jej, w każdym razie w przypadku Marka Rapciaka. Na swojej "służbowej" półce obok książek behapowskich i sprawozdań inspekcyjnych trzyma "Łacinę bez pomocy Owidiusza" Lidii Winniczuk. Są w tej książce (wydanie sprzed kilkunastu lat) podstawy gramatyki, ale przede wszystkim fragmenty wielkich mów Rzymian. Mówi zatem, że przed poważniejszym wystąpieniem do setki podwładnych sięga do zapisów retoryki starożytnych.

Po wymagającej jednak dużego wysiłku szkole Marek Rapciak postanowił odpocząć i wybrał wydział inżynierski, ale z przewagą dziewcząt - Metaloznawstwo na AGH. - Dziewczyny denerwują się na egzaminach, ja jestem opanowany, łatwiej będzie mi zdawać egzaminy - kalkulował. Tym razem nie trafił - te dziewczyny się nie denerwowały i do tego dużo uczyły.

W pracy magisterskiej zajął się wpływem obróbki cieplnej na właściwości stali w linach okrętowych. Zbudował do tego celu unikalną aparaturę. Ale na uczelni nie chciał zostać. Trzeba trochę pożyć - pomyślał i trafił w 1972 roku do Fabryki Opakowań Blaszanych "Opakomet". To był właściwie kombinat, któremu podlegało 6 zakładów rozrzuconych po całym kraju - Brzesko, Gdańsk, Sosnowiec. Inżynier Rapciak był koordynatorem produkcji opakowań. Najpierw uznał, że to ciekawa praca; bilansowanie zamówień i możliwości technicznych. Fabryka, potentat na Europę, produkowała puszki z blachy - do konserw, marmolady itp. Po kilku latach uznał, że popada w rutynę.

Skorzystał z okazji i wrócił na uczelnię, tym razem Akademię Ekonomiczną, gdzie podjął pracę w dziale technicznym. Zarabiał znacznie lepiej niż w "Blaszance", ale miał nadzór nad usuwaniem wszystkich awarii, remontami. Bywało, że pilnował pracy 300 ludzi. Poznał dobrze realia wykonawcze owych czasów, konieczność załatwień metodą "uszczelki".

W roku 1984 podjął pracę w PIP, po ukończeniu kursów wrocławskich. - Doszedłem do wniosku - wspomina, że lepiej być kontrolującym niż kontrolowanym.

Zanim poznałem Marka Rapciaka, usłyszałem o nim. Stary znajomy z PIP powiedział - przyszło ostatnio kilku młodych przodowników, taki Rapciak na przykład, ma najwięcej kontroli i kar. - Pytam, w jaki sposób on, były kontrolowany, człowiek, który musiał "ogrywać" różnych inspektorów stał się nagle takim surowym stróżem prawa?

- Niczego nie zmieniłem w swoich poglądach na ludzi i w ocenie sytuacji. Po okresie wstępnym trafiłem na dobrego, doświadczonego kolegę. Tworzyliśmy dobry duet. Szef dawał nam samochód służbowy, co znakomicie poprawiało sprawność działania. Rzeczywiście robiliśmy wyniki bez specjalnego wysiłku. Po 2-3-dniowym wyjeździe przynosiliśmy kilkanaście protokołów z "lotnych" kontroli i często orzeczenie grzywien dla kilkunastu osób. Wcale się nie srożyliśmy, wiele rzeczy puszczałem płazem, jeśli widziałem dobrą wolę. Podczas postępowania powypadkowego pytałem siebie - czy i jak zachowałbym się w takich okolicznościach? Brałem poprawkę na swoją, obecnie sporą wiedzę behapowską.

Zapytany o koncepcję pracy kontrolerskiej mówi - w każdym zakładzie ustalałem hierarchię spraw. Wiedziałem, że wentylacja jest ważniejsza od pomalowanych ścian i nie próbowałem załatwiać wszystkich spraw na raz. Miałem świadomość, że mogę zniszczyć finansowo pracodawcę, że w końcu będzie wszystko ślicznie i w zgodzie z przepisami, tylko że właściciel nie będzie chciał prowadzić firmy, a jego ludzie pójdą na zieloną trawkę.

Jako wychowawca młodzieży inspekcyjnej stara się wpajać im zasadę, że pracują dla przyszłości, nie doraźnych statystycznych wyników.

Kiedy pytam o najważniejszą zasadę życiową odpowiada - zachowywać się tak, żeby bez obrzydzenia spojrzeć w lustro.

Jest domatorem, ale nie cieszy go to co widzi na ekranie telewizyjnym. Tęskni do starego Teatru Telewizji. Z całego tygodniowego programu wybiera zaledwie kilka pozycji. Marek Rapciak od wielu lat jest wędkarzem, ale najczęściej po złowieniu ryby wpuszcza ją do rzeki. Chętnie chodzi na spacery z psem, którego kiedyś znalazł pod własnymi drzwiami na drugim piętrze. - Widać był mi przeznaczony - mówi - spotkałem potwornie zmaltretowane zwierzę, z powybijanymi zębami.

Właśnie w takich to sytuacjach, których nie sposób odwrócić, Marek, aby zachować dystans, sięga po starożytnych. Ratować co się da z cywilizacji, pomagać na ile to jest możliwe - oto jego życiowe przesłanie.

 
 

©ATEST-Ochrona Pracy 2001

Liczba odwiedzin od 2000 r.: 32448298