ATEST Ochrona Pracy

29 września 2020 r.

[Prenumerata] [Spis treści]     

 

ATEST 9/2020

Musimy wykorzystać doświadczenia przygotowując się na kolejną epidemię

Rozmowa z Barbarą Kopeć,
pełnomocnik zarządu do spraw operacyjnych firmy DIAGNOSTYKA

Małgorzata Majka: Czy DIAGNOSTYKA prowadziła wcześniej prace z koronawirusami podobnymi do SARS-Cov-2 czy była to dla was nowość? Czy wystarczyło zastosować istniejące środki i procedury, czy trzeba je było dopiero tworzyć i testować?

Barbara Kopeć
Barbara Kopeć

Barbara Kopeć: Była to dla nas zupełna nowość. Po raz pierwszy pracowaliśmy nad koronawirusem przenoszącym się drogą kropelkową, zakażającym przez górne drogi oddechowe, dla którego nie ma ani skutecznej szczepionki, ani skutecznego lekarstwa. Dodatkowym problemem były doniesienia, że można zakazić się koronawirusem poprzez dotykanie powierzchni - także papieru, czyli dokumentów - i przeniesienie wirusa na śluzówki ust czy oczu. W związku z tym zastosowaliśmy po raz pierwszy w naszej firmie dodatkowe procedury zalecane przez WHO dotyczące pobierania materiału, przewożenia i postępowania z materiałem w pracowni biologii molekularnej. Ponadto, na każdym z etapów pracy może dojść do wypadku: upuszczenia i rozlania próbki z wymazem czy wypadku samochodu z próbkami. Na każdą taką sytuację trzeba było przewidzieć i przygotować procedurę postępowania.

Co było dla was największym zaskoczeniem? Jakie problemy, których się nie spodziewaliście, musieliście rozwiązać?

To, co nas najbardziej zaskoczyło i wymagało sporej ilości pracy organizacyjnej zwłaszcza w pierwszym okresie, to całkowity brak środków ochrony indywidualnej (śoi), które nagle stały się absolutnie niezbędne i to w ogromnych ilościach. Niektóre śoi, jak kombinezony barierowe czy przyłbice, zamawialiśmy w ogóle po raz pierwszy. Najpierw nie wiedzieliśmy, gdzie je znaleźć, a potem się okazało, że i tak ich nie było. Nastąpiło zamieszanie związane z całkowitym brakiem maseczek wszystkich typów: chirurgicznych, FFP-2 i FFP-3, jednorazowych i wielorazowego użytku - to wszystko zniknęło. Musieliśmy znacznie zwiększyć zamówienia na środki do dezynfekcji rąk i powierzchni. Zgodnie z zaleceniami WHO środki do dezynfekcji rąk musiały zawierać co najmniej 60% alkoholu, a w przypadku środków do dezynfekcji powierzchni wysokie stężenie związków chlorowych. Nagle to wszystko po prostu zniknęło, popyt przerósł podaż.

Kolejnym problemem, z którym trzeba było sobie szybko poradzić, był brak pracowni biologii molekularnej. DIAGNOSTYKA miała tylko dwie pracownie zajmujące się wirusami typu HCV, HPV, HIV i innymi, które są badane technikami biologii molekularnej. Okazało się, że pracownie biologii molekularnej w całej Polsce są po prostu niewydolne. Do tego wystąpił problem sprzętu i odczynników, których oczywiście także nagle zaczęło brakować na całym świecie. Firmy produkujące tzw. kity (zestawy) do wykonywania badania na koronawirusa zostały zasypane zamówieniami. Włożyliśmy ogromny wysiłek w to, by stworzyć od zera kilka pracowni molekularnych i obecnie mamy ich dziewięć. Musieliśmy znaleźć diagnostów laboratoryjnych i biologów molekularnych zdolnych opanować wymaganą technikę, a nie jest to proste.

Jakie problemy wiązały się z organizacją, czasem pracy, ergonomią?

fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.
fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.

Tu należy rozróżnić prace w laboratoriach zwykłych i molekularnych. W zwykłych w pierwszym okresie pandemii liczba badań spadła nawet o 70%. Wiele pracownic odeszło na opiekę nad dziećmi. Równocześnie w pierwszym okresie nasi klienci - szpitale, ale przede wszystkim przychodnie znacznie ograniczyły działalność, przeszły w tryb telemedycyny i zlecały mało badań. Szybko więc zmieniliśmy organizację pracy. W punktach pobrań i w laboratoriach zaczęliśmy budować podwójne zespoły niestykające się ze sobą. Jednego dnia pracował jeden zespół, a następnego drugi, by w razie objęcia jakiejś osoby kwarantanną można było kontynuować działalność. Po kilku tygodniach klienci zaczęli wracać, bo przynajmniej badania podstawowe musiały być wykonywane.

Stosujemy rygorystycznie zasadę DDM, czyli dystans - dezynfekcja - maseczki. W laboratoriach zwykłych wszyscy pracują w maskach, fartuchach jednorazowych, zachowując jak największy dystans. W częściach laboratoryjnych i punktach pobrań nacisk został położony także na pokoje socjalne. Może przebywać w nich tylko jedna osoba; pracownicy muszą sobie przynosić gotowe posiłki, a te niezjedzone są zabierane do domu. W punktach pobrań w poczekalni może przebywać tylko jeden pacjent.

Po stronie kurierskiej wprowadzono zasadę stałego noszenia rękawic, masek, minimalizowania kontaktów między sobą. Również podczas odbierania materiału od klienta chodzi o to, by pielęgniarka przekazująca materiał ograniczyła kontakt z naszym kurierem.

W pracowniach biologii molekularnej podniesiono standardy bezpieczeństwa. Przede wszystkim DIAGNOSTYKA wprowadziła własne zestawy do pobierania i przesyłania materiału zakaźnego pobranego od pacjenta, tzw. DIAG-packi, które zawierają m.in. probówkę z buforem dezaktywującym wirusa. Mimo to zdajemy sobie sprawę, że osoba pobierająca mogła sama mieć ręce zanieczyszczone wydzieliną z nosa, z gardła, śliną pacjenta i mogła go przenieść na zestaw. Dlatego w pracowni biologii molekularnej pracownicy są ubrani w kombinezony barierowe, maski FFP-2 lub FFP-3, przyłbice i 3 pary rękawiczek. Po przyjęciu materiał obrabiany jest w komorach laminarnych minimum klasy 2, mimo że koronawirus jest już nieaktywny. Odrębna procedura opisuje postępowanie ze zużytymi opakowaniami, które umieszczane są w workach i potem utylizowane przez spalenie. Chodzi o to, by nie przenieść koronawirusa z worka na worek i w sposób bezpieczny posłać do spalarni. Ta praca również wykonywana jest w pełnym zabezpieczeniu, w kombinezonach.

Mamy system zmian czterogodzinnych. Praca w kombinezonie jest możliwa przez 4 godziny, dłużej nikt nie wytrzyma. Przede wszystkim człowiek się poci, nie można się podrapać, ani sobie czegoś poprawić, bo jest "zapakowany". Po pracy kombinezon ściąga się stopniowo, zużywając wspomniane 3 pary rękawiczek (co trwa 15-20 minut), pakuje go i wychodzi ze strefy czystej przez śluzę. Po zmianie trzeba odpocząć, bo to jest praca w napięciu i stresie. Pracownik musi odbudować siły, by nie stracić kontroli nad wykonywanymi czynnościami, nie popełnić błędu, który skutkować może zakażeniem.

Barbara Kopeć
fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.

Czy wystąpiły problemy zdrowotne związane z częstym stosowaniem środków dezynfekcyjnych, np. podrażnienia skóry i dróg oddechowych albo reakcje alergiczne?

Środki dezynfekcyjne do skóry i do powierzchni, które stosowaliśmy przed pandemią, miały niezbędne certyfikaty i były dobierane pod kątem reakcji uczuleniowych. Natomiast w dobie pandemii, choć dostawaliśmy wszystkie karty charakterystyki i certyfikaty, to kontrola środków dezynfekcyjnych nie była już tak ostra, bo zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na ich własności bakteriobójcze i wirusobójcze. Zdarzyło się, że jakaś firma dostarczyła środek z dodatkiem zapachowym, po którym pielęgniarki zgłaszały reakcje uczuleniowe. Oczywiście ten środek został wycofany. Natomiast uczulenie na rękawiczki lateksowe jest u nas stałym problemem, który nasilił się w okresie pandemii. Gdy skończyły się zapasy rękawic nitrylowych, to używane są lateksowe. Gdy wróci rytmiczne i pełne zaopatrzenie, każdy pracownik wybierze sobie rękawice najbardziej mu odpowiadające.

A jakie problemy dotknęły kadrę zarządzającą? Chodzi mi o te związane z obciążeniem pracą i stresem.

Z jednej strony widzieliśmy, jak bardzo spada sprzedaż usług, a jesteśmy firmą prywatną, która nie może stanąć na progu niewypłacalności; musieliśmy podjąć działania, by to opanować. Z drugiej strony podjęliśmy się ogromnego wyzwania diagnostycznego, jakie stanęło przed Polską. Diagnostyka medyczna jest niesłusznie traktowana w naszym kraju jako mniej znacząca gałąź medycyny. Natomiast okazało się - co jest "oczywistą oczywistością" - że w przypadku koronawirusa diagnostyka jest absolutnie kluczowa. Skupiliśmy się nie tylko na wykonywaniu badań w naszych dwóch istniejących wtedy pracowniach biologii molekularnej, we Wrocławiu i w Krakowie, ale też na stworzeniu nowych pracowni. Poważnym zadaniem, które stanęło przed kadrą zarządzającą, była organizacja takich pracowni w szybkim tempie: znalezienie miejsca, dostarczenie aparatury oraz odczynników w odpowiedniej ilości, a także znalezienie diagnostów laboratoryjnych, biologów molekularnych gotowych do wykonywania tej pracy, także w trybie 24/7. Przygotowanie zestawów DIAGPack okazało się także ogromnym wyzwaniem organizacyjnym i logistycznym.

Kolejnym źródłem stresu były początkowe problemy z zaopatrzeniem w śoi. Ich brak powodował niepewność i obawy pracowników - największe wśród pielęgniarek w punktach pobrań, ale także wśród diagnostów, techników, technologów laboratoryjnych, rejestratorek, kurierów. Pewna część personelu jest dodatkowo zatrudniona w szpitalach, więc te osoby musiały zrezygnować z pracy dla DIAGNOSTYKI. Odrębnym problemem stały się odpady, gdyż zużywaliśmy ogromne ilości jednorazowego sprzętu i opakowań oraz jednorazowych śoi.

Problemów do rozwiązania było sporo: od spraw organizacyjnych poprzez finansowe po wysyłanie uspokajających komunikatów do pracowników, których mamy zatrudnionych w jednostkach w całej Polsce. Do tego przekazywanie pracownikom ogromnej ilości procedur sanitarnych, które zmieniały się czasem z dnia na dzień, w zależności od zaleceń Ministerstwa Zdrowia, GIS czy autorytetów medycznych. To wszystko śledziliśmy na bieżąco i błyskawicznie dostosowywaliśmy do tego procedury, uwzględniając nasze nowe doświadczenia i wiedzę o koronowirusie.

Przez pierwsze 2 miesiące praca kierownictwa trwała do 18 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu. Wielu naszych zarządzających skarżyło się potem na objawy chorobowe charakterystyczne dla zespołu stresu pourazowego. Ale najbardziej obciążająca emocjonalnie była ogromna odpowiedzialność za zdrowie i życie nie tylko pracowników i ich bliskich, ale też pacjentów. Teraz możemy już powiedzieć, że wychodzimy z tego obronną ręką. Mamy dziesięć laboratoriów biologii molekularnej. Mamy własny system tzw. DIAG-packów, czyli wydawania naszym kontrahentom (i w ogóle każdemu, kto chce u nas robić badania) zestawów, które zapewniają jakość badań. Zrobiliśmy to w porozumieniu z autorytetami naukowymi, także krakowskimi, którzy opiniowali nam procedury. Myślę, że daliśmy radę.

Czy w czasie pandemii przechodziliście kontrole PIP lub organów inspekcji sanitarnej? Czy raczej ograniczało się to raportowania z waszej strony?

To jest absolutne szaleństwo - raportujemy wszystko na kilku poziomach, niektóre raporty są wymagane co 12 godzin. Po pierwsze - do sanitarnych stacji terenowych; po drugie - do sanitarnych stacji wojewódzkich; potem - do Ministerstwa Zdrowia za pomocą Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, gdzie utworzono specjalny system raportowania badań zlecanych przez NFZ. I do tego jeszcze niektóre lokalne władze wymagają sprawozdań z wykonanych badań.

Kontrole ze strony inspekcji pracy czy inspekcji sanitarnej w naszych placówkach od wybuchu epidemii nie były prowadzone. Pracownicy inspekcji sanitarnej mają ogromną ilość pracy, gdyż stanęło przed nimi niesłychane wyzwanie. Mogę sobie wyobrazić, że część kontroli - z troski o kontrolujących oraz ich bliskich - mogłaby się odbywać zdalnie, przynajmniej dopóki nie będziemy mieli procedur przyjęcia kontrolerów w miejscu pracy. Kontrolerzy mogą mieć obawy, by pójść do laboratorium pracującego w odpowiednim reżimie ze względu na próbki z koronawirusem. Według mnie wszystko się da zrobić, jeśli urzędnik to odpowiednio zaplanuje. My jesteśmy często audytowani, ponieważ mamy wdrożonych wiele norm. Na przykład normę ISO 27001 dotyczącą bezpieczeństwa informacji w kwietniu br. certyfikowaliśmy zdalnie.

W tym momencie naszym "głównym kontrolerem" jest bezpieczeństwo pracowników. Bo jeżeli pracownik nie będzie bezpieczny, to może być objęty kwarantanną i do pracy nie przyjdzie. Tak więc sam koronawirus zmusza nas do takiej pracy, by cała jednostka nie została zamknięta przez kwarantannę. Dotychczas dwa laboratoria były objęte kwarantanną. Były to laboratoria przyszpitalne, w których doszło do kontaktu poprzez zakażonych pracowników oddziału objętego kwarantanną. Ale jak dotąd żaden z naszych pracowników laboratorium nie był "dodatni".

Barbara Kopeć
fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.

Czy pracownicy mają zapewnione systematyczne testy?

Postępujemy zgodnie z wytycznymi WHO, tzn. badania wymazów wykonywane są osobom z kontaktu. W sytuacji, gdy sanepid zawiadamia nas, że pacjent, który był w naszym punkcie, okazał się zakażony, to wszyscy pracownicy, którzy mieli z nim kontakt, mają pobierany wymaz. Zaoferowaliśmy wszystkim pracownikom badania poziomu przeciwciał na zasadach dobrowolności, aby się zorientować, kto miał kontakt z koronawirusem. Jesteśmy w trakcie tych badań i bardzo nas intryguje, ile osób bezobjawowo przechodzi zakażenie, a w szczególności to, czy u pracowników DIAGNOSTYKI przeciwciała występują częściej niż w całej polskiej populacji.

Przeszliście już "chrzest bojowy" i uzyskaliście bezcenne doświadczenie. Czy macie wnioski, które chcielibyście przekazać np. władzom?

Pierwszy i najważniejszy: Agencja Rezerw Materiałowych musi mieć na stanie odpowiednią ilość śoi i odpowiednio nadzorować je pod kątem terminów przydatności. Po okresie braków wiele firm w Polsce zaczęło się przestawiać na produkcję śoi. Nie wiem, czy będą w Polsce produkowane także tkaniny na maseczki i kombinezony. Państwo powinno mieć takich pracodawców - zakłady państwowe, prywatne, spółdzielcze, które przy nagłym wzroście zapotrzebowania mogą szybko przestawić produkcję i wyprodukować duże ilości śoi. I to powinno być okresowo sprawdzane. Trzeba też przemyśleć problem dostępu do rękawic, które są sprowadzane z zagranicy. Druga sprawa: w Polsce powinien istnieć ośrodek doradczy w sprawach epidemicznych, jakim jest np. w Niemczech Instytut Roberta Kocha. Powinniśmy mieć taki zespół niezależnych ekspertów, którzy dostosowują działania do naszych warunków. No i trzeba przeprowadzać ćwiczenia, zwłaszcza w ochronie zdrowia. Tak jak ćwiczą żołnierze, mimo że nie ma wojny.

Kolejną sprawą jest konieczność nowej organizacji działania służb sanitarnych. Trzeba tych ludzi odpowiednio wynagradzać, szkolić, zatrudnić nowych pracowników, mądrze zinformatyzować instytucję. Niezbędny w opanowaniu epidemii jest precyzyjny i szybki wywiad epidemiologiczny i dochodzenie do pacjenta "0". Działania sanepidu powinny być bezwzględne - ale to akurat sanepid potrafi... W stanach zagrożenia epidemicznego to powinny być służby pierwszego rzutu, wyposażone w odpowiednie narzędzia i środki finansowe.

Organizacja pracy w szpitalach. Nie jestem tu specjalistką, ale chodzi o to, że szpitale nie mogą w czasie epidemii "tracić" pacjentów chorych na inne choroby. To nie może być tak, że nagle cała służba zdrowia leczy koronawirusa i zapomina o innych pacjentach, bo znacznie większe ofiary mogą być po stronie pacjentów, którzy nie zachorowali z powodu koronawirusa, ale nie otrzymali pomocy. Powinno być jakieś sprzęgło organizacyjne, które w czasie pandemii dowolnego mikroba odpowiednio "przełącza" szpital. Wtedy część personelu kieruje się do zwalczania epidemii, ale pozostali nadal normalnie leczą zwykłych pacjentów. Jest wiele osób wymagających opieki stałej, trudnej. Są choroby krążeniowe, nowotwory, kobiety w ciąży. Niezwykle ważne dla pacjentów jest poczucie bezpieczeństwa. Każdy zawsze powinien wiedzieć, gdzie może pójść, gdy jest chory nie na chorobę epidemiczną, i uzyskać pomoc. Tak więc należy na nowo przemyśleć działanie służby zdrowia w okresie epidemii. A szpitale i przychodnie nie mogą być ośrodkami zarażającymi podczas epidemii.

To wszystko wydaje się oczywiste, ale takie postulaty mogą sformułować tylko ludzie doświadczeni.

fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.
fot. DIAGNOSTYKA sp. z o.o.

Ogromna liczba osób teraz to doświadczenie zdobyła i nie powinniśmy pozwolić, by się zmarnowało. Trzeba opisać wszystkie działania w procedurach i uzyskać efekt - określę go jako "administracyjno-organizacyjny". To bardzo ważne, by procedury, które są już przez życie zweryfikowane, zostały rozsądnie spisane i żeby nie pożółkły gdzieś w segregatorach. Dlatego są potrzebne ćwiczenia. WHO ostrzega od lat przed różnymi wirusami. Kolejna epidemia jest tylko kwestią czasu.

Na koniec chciałam zapytać, w jaki sposób rozładowywaliście stres. Czy robicie sobie "covidowe" żarty?

Ojej! Niczego takiego sobie nie przypominam. Ja głównie pracowałam zdalnie, a praca on-line bardzo dyscyplinuje, wszystko jest bardziej na serio, przy dużym napięciu i w pośpiechu. Uwaga jest cały czas napięta, nie można się wyłączyć i nie ma obok koleżanki czy kolegi. W pracy zdalnej "nie wychodzę z pracy". Natomiast na miejscu, w laboratorium, w punkcie pobrań czy w administracji każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że może sam się zakazić i narazić inne osoby. Nie wolno o tym zapominać. I to jest wielki stres.

Teraz mamy już większy dystans do tych wszystkich problemów, odespaliśmy już nieprzespane noce, już wiemy, co mamy robić. Nabraliśmy też pewnych nawyków, np. przychodzę do pracy, dezynfekuję ręce, wycieram swoje biurko, klawiaturę, myszkę, stołek - mimo że była pani sprzątająca. Pracownicy medyczni standardowo pracują w śoi, stosujemy dystans itp. I wydaje mi się, że to skupienie na niezbędnych czynnościach trochę odbiera także przestrzeń na żarty. Ale myślę, że już wkrótce znajdzie to ujście przez uśmiech, chociaż pod maseczką. Najszybciej chyba w punktach pobrań, gdzie mamy do czynienia z pacjentami, bo oni często przynoszą jakiś dowcip czy anegdotę, a także wdzięczność, że cały czas byliśmy i jesteśmy dla nich dostępni. Koniec


Brak komentarzy

Dodaj swój komentarz  
 

©ATEST-Ochrona Pracy 2020

Liczba odwiedzin od 2000 r.: 37851626